Polska, Poznań
kierunek: Mazury
24 czerwca 2004; 0 przebytych kilometrów

Siedzę w pociągu i czekam na odjazd.
Plecak mam potwornie ciężki, a przecież wzięłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy ;) Wczoraj, jak się pakowałam, to byłam już taka zmęczona, że po prostu zapakowałam to, co było przygotowane. Normalnie po tym etapie następuje wyrzucanie rzeczy, które nie są niezbędne. Wczoraj już nie miałam na to siły.
Za chwilę będę przejeżdżać obok mojego starego domku. Wyprowadziliśmy się z niego jeszcze w podstawówce. Nie było tam zbyt ciekawie, ale i tak na początku mocno tęskniłam. Zostały tam prawie wszystkie moje rzeczy.
Jednego razu miałam taki sen: jadę tramwajem do szkoły, przejeżdżam obok starego domku, pztrzę do tyłu, a za mną biegnie mój stary domek, wymachuje rękami (?!) i krzyczy, żebym została. Już wtedy miałam zapędy do przywiązywania się do miejsc... Nie wiem czemu, ale ten sen jako jeden z nielicznych z dzieciństwa utkwił mi na amen w pamięci.
Hmm, ledwie ruszyliśmy, a już stoimy. Zdaje się, że czekamy na jakiś spóźniony IC. Nie ma to jak polskie pociągi.
No nie, cofamy się do tyłu. Nie do wiary, tego jeszcze nie było! Gdybym nie była umówiona w Ostrowie na konkretną godzinę, to może nawet byłoby to zabawne...
Nie wierzę! Zapytałam konduktora o co chodziło, powiedział, że rozjazd był źle ustawiony. No comment!
Próbuję czytać, ale jakoś mi to nie wychodzi. Wzrok co chwilę za okno ucieka. Na polach zboża powoli dojrzewają. Tak pięknie falują na wietrze. Ziemniaki, kapucha, buraki i malutka jeszcze kukurydza. A na torach pełno 'żółtych kanapek'. Śmieszna nazwa, wymyśliłam ją w dzieciństwie, prawdopodobnie takie było moje pierwsze skojarzenie. Męczyłam potem mamę pytaniami jak one się naprawdę nazywają, hi hi.
I kwitnące maki, cudo.
Środa, tak dobrze znane mi miejsce... Związane z tyloma wspomnieniami z dziecistwa... Babcia i dziadek tu mieszkali. A teraz najbliższa rodzina.